Potrzebujesz pomocy specjalisty. Masz problem z prawem. Wyciągniemy pomocną dłoń. Napisz do nas
pols

Historia prostytucji w Polsce

14 lutego 2015

Nie bez przyczyny prostytucję nazywa się „najstarszym zawodem świata”. Tam, gdzie pojawia się człowiek, tam istnieją żądze i potrzeba ich zaspokojenia. Seks-biznes rozwijał się „od zawsze”, przede wszystkim wzdłuż szlaków handlowych, którymi przemieszczali się oddaleni o setki kilometrów od żon kupcy i w okolicach koszar wojskowych, gdzie miesiącami tkwili spragnieni kobiet rycerze. Seks i pożądanie to jedne z stałych elementów życia społecznego od czasów Mieszka I aż po dzień dzisiejszy.

Dziewki z zamtuzów

W Polsce z pierwszego znanego domu publicznego korzystali handlarze solą w Bochni. Nie ma wątpliwości, że prostytucja w Polsce istniała od zawsze, chociaż pierwsze wzmianki o dziewczętach lekkich obyczajów pojawiają się dopiero w XV wieku. Wtedy też istniał już cały szereg „zamtuzów” (domów publicznych), które zupełnie legalnie działały w polskich miastach i miasteczkach, zwykle pod opieką lokalnych katów sprawujących pieczę nad przybytkami rozkoszy. Oczywiście w cieniu katowskich „agencji” działała cała sieć nielegalnych burdeli i karczm, w których można było skorzystać z usług zawsze chętnych dziewek.

Seks zawsze był w społeczeństwie klasowym jedną z nielicznych „przestrzeni wspólnych” – chuć zaspokoić musieli najbiedniejsi chłopi i najbogatsi magnaci. Prostytutki oddawały się za kilka groszy w przydrożnych wyszynkach lub spełniały zachcianki szlachciców opływających w dostatki. Na nic zdały się coraz silniejsze od XVII w. nawoływania Kościoła, który wzywał wiernych do wstrzemięźliwości i wierności, potępiając cudzołóstwo. Słowa z ambony to jedno, a potrzeby ciała – drugie – dlatego w samym Malborku obok Zakonu Krzyżackiego powstały trzy przybytki rozkoszy. Równie intratne dla pań lekkich obyczajów były pielgrzymki, gdzie zawsze znalazł się jakiś chętny na chwilę zapomnienia pątnik. Najlepszym interesem była oczywiście wojna – obok huku armat kwitły seks-interesy.

Przeskoczki, przechodki, nęty…

W XVII – XVIII w. usiłowano regulować kwestię prostytucji, ale zwykle taka walka nie była dla skorumpowanych organów ścigania zbyt opłacalna – łatwiej było dogadać się z właścicielami zamtuzów a przy okazji skorzystać z oferowanych tam usług. Poza tym ciężko „walczyć” z dziewczętami lekkich obyczajów, gdy sam król Władysław IV Waza nie krył swojego zamiłowania do kobiet i posiadał prywatny harem nałożnic. Sam Sobieski przyznawał, że z ciężkim sercem rezygnował z cielesnych uciech, dochowując wierności ukochanej Marysieńce.

O popularności zawodu prostytutki świadczyć może cały repertuar nazw, którymi określano „dziewki nierządne”: przeskoczyki, przechodki, nęty, murwy i cały szereg mniej cenzuralnych określeń. Panie te zwykle wyróżniały się na ulicach dzięki krzykliwym makijażom i strojom, chociaż nie brakowało i „cichodajek”, które nie obnosiły się ze swoją profesją, a informacje o ich seksualnej rozwiązłości krążyły pocztą pantoflową po salonach.

Prawdziwy system regulacji prostytucji wprowadzono dopiero w XIX w., w czasach zaborów. Dzięki kontroli policyjno-lekarskiej i podzieleniu prostytutek na „podgrupy” – od dziewczyn z domów publicznych, poprzez tolerantki (działające na własną rękę) aż po indywidualistki (wytworne kurtyzany), udało się zapanować nieco nad rozmiarami procederu i zarejestrować przynajmniej część kobiet wydając im rodzaj „karty zdrowia”. Warto dodać, że w międzywojniu Warszawa pod względem ilości domów schadzek, burdeli i zatrudnionych w nich dziewczyn zajmowała w tym czasie 16. miejsce na świecie.

Seks inwigilowany

W PRL-u zupełnie zmienił się status domów publicznych i prostytutek. Mimo zakrojonej na szeroką skalę oficjalnej akcji przeciwko prostytucji, cudzołóstwo kwitło w formie bardziej czy mniej zorganizowanej. Dużym powodzeniem cieszyły się tzw. „lokalówki” – szukające klientów w dobrych lokalach i „arabeski”- które szczególnie gustowały w gościach z Bliskiego Wschodu.

Choć był o proceder potępiany przez władze, które „usiłowały” wyeliminować prostytucję z polskich ulic, jednocześnie intensywnie współpracowano z dziewczętami, przede wszystkim ze względu na możliwość inwigilacji bogatych klientów i zagranicznych turystów, których SB chciało „mieć na oku”. Prostytutki nie miały wyjścia – aby we względnym spokoju uprawiać swój zawód, musiały współpracować z służbami. Zakładano im tzw. „zielone karty”, które były nieformalną przepustką i zapewniały paniom ochronę władz.

Inny przełom dokonał się w latach 90. wraz z otwarciem granic. Z jednej strony dziewczyny masowo emigrowały na Zachód, gdzie nie tylko panowała znacznie większa swoboda obyczajów, ale i można było zarobić gigantyczne jak na polskie warunki pieniądze. Dziewczyny, które zostały w Polsce też na brak pracy nie mogły narzekać – ruch w gospodarce, zagraniczni biznesmeni, polscy nowobogaccy i zapotrzebowanie na nowe, ekskluzywne usługi seksualne, otworzyło nowe drzwi porno-biznesu w Polsce.